Sobota. Parę minut po siódmej. Słyszę otwierające się drzwi i tup tup tup. Przychodzi do naszego łóżka. Kładzie się na jego brzegu wtulając w tatę. Po chwili wstają razem i zmierzają w kierunku lodówki, by zaspokoić poranny szymusiowy głód. Śmieją się i chichoczą. A ja udajac, że jeszczę śpię delektuję się tymi odgłosami. Za chwilę znowu tup tup tup. Znów się zbliża. Mija swoich Braci i wskakuje mi na plecy. Mama! Budzić! Rozkazuje i wkłada palce do nosa! A to Urwis! Jak ja go zaraz złapię... Chwytam i gilgoczę z całych sił. Obok mnie leżą nasze bezzębne Cuda. Z zaciekawieniem w oczach i uśmiechem na buźkach przypatrują się całej tej sytuacji. Wstaję i kieruje do łazienki. Gdy wychodzę moi Najstarsi już gotowi do wyjścia. Z listą zakupów ruszają na ryneczek z warzywno-owocową misją. Ja w tym czasie doprowadzam się do ładu i karmię najmłodszych. Otwierają się drzwi. Tata dumnie wchodzi pierwszy z zakupami. Misja spełniona. Za Nim Szymcio. Trzyma w rączkach konwalie. Jedne z moich najukochańszych kwiatów. Podaje mi je. Ściskam z całych sił zerkając na Slubnego z podziekowaniem w oczach. Tak uwielbiam takie niespodzianki! Teraz to już na pewno ta sobota będzie idealna:) Powoli, bez żadnego pośpiechu smażę naleśniki. Sobotnie śniadanie to koniecznie słodkie śniadanie. Jemy razem i wychodzimy na spacer. Idealna pogoda, by Pchełki przetestowały po raz pierwszy spacerówkę. Nowa fura zaakceptowana. Większa widoczność świata skutkuje brakiem marudzenia. Idealnie!
Kierujemy swoje kroki w kierunku Orlika. Szymcio pędzi na rowerze. Sobota będzie sportowa! Szymonek wita się z Panią pytaniem : Mozieś? A raczej stwierdzeniem. Pędzi do magazynka z piłkami. Kopanie z Tatą. Hokej z Mamą. Rzut do celu. Ślizganie. Huśtanie. Wspinanie. Jazda na deskorolce. Wszystko z uśmiechem od ucha do ucha. Taki szczęśliwy. Tak niewiele trzeba. Tylko On i My. Wspólna zabawa. Lepsza niż najdroższa zabawka. Jesteśmy z Nim. A on odwdzięcza się najpiekiejszą szczera dziecięcą radością. Dmucha te dmuchawce, co rosną na skarpie. Raz po raz wołając mnie, bym podała mu rękę i pomogła wejść 'koko'. Każdy napotkany kwiatek wskazuje palcem i pokazuje paluszkiem, mówiąc "mamy". Obserwuję Go. Chyba jest szczęśliwy. Pchełki towarzyszą nam ciałem. Duchem są w krainie snu. Wracamy pod nasz blok. Zahaczając oczywiście o plac zabaw.
Pchełki zamieniają wózek na foteliki samochodowe. Jedziemy do ukochanej Babi. Wczoraj miała swoje Święto. Trzeba je należycie uczcić.
Sobota mija. Nie wiem kiedy. Podobnie jak niedziela. Z rodziną. I grillem. Leżeniem na kocu i chlapaniem wodą. Bez pośpiechu. Planowania. Że teraz jeszcze trzeba to czy tamto. W końcu nic nie trzeba! Wszystko sie dzieje swoim rytmem. Jak dobrze! W końcu jest czas by przystanąć i tak po prostu sie pozachwycać. Szymciem, co to nagle nie wiadomo kiedy zaczął rozmawiać. Pchełkami, które jakieś takie wielkie. W niczym nieprzypominające te dwa dwukilowe Zawiniątka. I tą naszą rodziną. Taką nieidealnie idealną. Fajną taką.























Jesteście cudowni, tak bardzo zapracowani, a przy tym tak bardzo radośni. Piękne dzieciństwo ma Skrzacik i Pchełki. I pięknych rodziców. Kocham Was:-)
OdpowiedzUsuńBlizniaki rosna jak na drozdzach,sa fantastyczni.A Szymus juz tak wiele sie nauczyl odkad zaczelam was obserwowac,taki maly-dorosly i tak mi przypomina mojego wnusia.Az milo popatrzec na tak fantastyczna rodzinke.Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń