Strony

  • Strona główna
  • Kontakt
  • Obserwuję
  • O mnie
  • Projekt 52
Myszkowy Skarbiec


Nasz cały świat

Nawet sobie Szymciu nie wyobrażasz, ile dajesz radości mamie i tacie. Mimo tego, że wywróciłeś nasze życie do góry nogami, nie wyobrażamy sobie, że mogłoby Cię zabraknąć.
Kochamy Cię Bąbelku. 



Autor: Aneta o 20:54 Brak komentarzy :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

Uczymy się siebie nawzajem

Już ponad dwa tygodnie za nami. Nasz pierwszy tydzień w domku. Dużo gości nas odwiedziło. Dostaliśmy piękne prezenty. To też czas wielu pierwszych razów. Pierwsza kąpiel, pierwszy spacer, pierwsza przeczytana bajka, pierwsze zostawienie synka pod opieką Babci.
Powoli uczymy się, co nasz Skarb lubi a czego nie. Wiemy już, że radość sprawia czyszczenie noska Katarkiem, słuchanie kołysanek, których słuchał jeszcze będąc w brzuszku, zabawy z tatą. W zły nastrój natomiast wprawia psikanie do noska wody morskiej i wstrętne kolki, z którymi próbujemy walczyć. Jestem dumna, że nasz Synuś, pomimo początkowego przymusu karmienia butelką, lubi jednak mleczko prosto z cycusia.
Już nie pamiętam, jak mogliśmy żyć bez naszego Szkraba.
Kochamy nad  życie tę naszą małą Kruszynkę:)















Autor: Aneta o 17:09 4 komentarze :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

Tyle szczęścia i tyle strachu...

15 lutego, po 8 dobach w szpitalu wyszliśmy w końcu do domku. Mała Żabka pojawiła się na świecie za wcześnie. To był 37 tydzień, ale według pani neonatolog, która oceniała jego stan to Szymuś wyglądał co najwyżej na 34.
Po urodzeniu Okruszek swoje pierwsze dwie godziny życia spędził z mamą i tatą, po czym został zabrany na oddział neonatologii, gdyż pani ordynator neonatologii stwierdziła, że Szymek ma problemy z oddychaniem i utrzymaniem stałej temperatury ciała. Umierałam ze strachu o swoją Kruszynkę. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc szybko wzięłam prysznic i popędziliśmy ze świeżo upieczonym Tatusiem zobaczyć, co z naszym Maleństwem. A Maleństwo leżało biedne w inkubatorku, z podłączonymi kabelkami monitorującymi pracę serduszka, z tlenem podawanym przez nosek. A obok inne maleństwa krzyczące tak głośno. Nasz Okruszek był zbyt słabiutki, żeby nawet płakać, nie mówiąc już o jedzeniu.
Na drugi dzień z samego rana pobiegłam na oddział noworodkowy pełna obaw, co zastanę. Pozwolono mi przebrać i nakarmić z butelki Szymusia. Zjadł- "całe" 10 ml mleka. I to mleka modyfikowanego i z butelki- a ja tak chciałam karmić piersią. Niestety Szymuś był zbyt słaby, aby ciągnąć z butelki, nie mówiąc o piersi. Chcąc dać mojej Żabce wszystko co najlepsze, zaczęłam odciągać mleko i donosić w porze karmienia. Po południu miła wiadomość- Okruszek może wrócić do mnie na salę. Musimy sprawdzać mu temperaturę, kontrolować ilość zjedzonego pokarmu i dogrzewać. Byłam przeszczęśliwa mając go przy sobie. Tak się martwiłam tym, że on tam taki samiutki musiał być, że przez to stanie się nerwowy, że będzie myślał, że jest sam.
Nasza radość nie trwała jednak długo. Kolejnego dnia przyszedł na obchód pan Doktor, który okazał się być moim kolegą z liceum:) Rozebrał Szymka do naga i zbadał od stóp do głów. Powiedział, że wszystko jest w porządku, zostawił nas, po czym wrócił po godzinie z informacją, że zabiera Szymka na  USG. Po godzinie wrócił- bez Szymusia. Poinformował nas, że w trakcie badania wykryto u niego arytmię serduszka i musi zostać na dole. Byłam przerażona. Ta bezsilność, że moje Słoneczko tak cierpi, była nie do zniesienia. Zeszliśmy szybko na dół, aby Dziubek nie czuł się samotny. Przyszedł kardiolog dziecięcy. Zbadał i podczas badania, w tym momencie arytmii nie zauważył. Zlecił kontrolę w poradni za 3 miesiące. Wyjaśnił co i jak. Uff, cieszyłam się- synek wróci do mnie na górę. Jednak nie. Musi zostać. Powód- nie chce jeść. Znowu strach. Widok mojego Maleństwa, dostającego moje mleko prosto do żołądka przez sondę rozdzierał mi serce. Tak bardzo chciałam wyrwać go z tej całej maszynerii i ochronić przed całym światem. To można poczuć tylko przejąć to wszystko na siebie.  Moja Żabka miała parę dni a już musiała tyle wycierpieć- począwszy od wenflonów, licznych ukłuć, sondę, samotność wśród ciągle płaczących dzieci.
Na szczęście Maluszek zaczął wypijać mleczko bez sondy i wrócił do mnie do pokoju z zaleceniem karmienia co 2 godziny i kontroli ilości zjadanego pokarmu. Nie mogłam się już doczekać, aż wrócimy do domku. Niestety Szymuś nie przybrał na wadze, a wręcz sporo stracił, więc walentynki również spędziliśmy w szpitalu. Kolejny dzień, kolejne ważenie, serce podchodzące do gardła: czy przybrał? czy nie? Bo jeśli nie to znowu mi go zabiorą. Przybrał! Wychodzimy do domku! Hurra! Nareszcie:)

A dzisiaj? Czym jest szczęście? Szczęście to te dwa i pół kilo, które śpi teraz w swoim łóżeczku, takie bezbronne, maleńkie, patrzące na nas swoimi dużymi, głęboko niebieskimi oczami. Tak mało a tak wiele. Nie sądziłam, że można tak kochać... Oddałabym życie za to Maleństwo. To dopiero 10 dni, a ja czuję, że jest z nami od zawsze.

I jesteśmy tak wdzięczni wspaniałym lekarzom na oddziale neonatologii w Zielonej Górze, pani ordynator- kobiecie, która jest tam dniem i nocą, nieustannie kontrolując stan zdrowia każdego dzieciaczka, oraz cudownym pielęgniarkom- ciociom, które z taką troską i czułością zajmują się wszystkimi dzidziusiami.

Jeszcze w szpitalu:




I już w domku:





Autor: Aneta o 22:47 1 komentarz :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

A bocian miał inne plany:) 8.02.2014

8 lutego, w sobotę o godzinie 8:20 urodził się nasz najukochańszy Skarb- Szymuś:) Zrobił nam wielką niespodziankę i jednocześnie napędził ogromnego strachu pojawiając się na świecie 22 dni wcześniej. Na szczęście wszystko jest już w porządku. Jutro wychodzimy do domku, więc będę mogła napisać coś więcej.

Autor: Aneta o 11:32 3 komentarze :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

9 lat minęło...

...odkąd jesteśmy razem z moim G. jako para. To ponad 1/3 mojego życia. Dziś mamy swoją rocznicę, którą z powodu służby Rybki będziemy świętować jutro i w piątek. 

Nie tak dawno był ten zimowy dzień, kiedy stałam się najszczęśliwszą osobą na świecie, bo zaczęłam być z moim wymarzonym chłopakiem. A dzisiaj po tych wszystkich latach nic się nie zmieniło, wręcz przeciwnie. Miałam szczęście, że ktoś taki stanął na mojej drodze:)

Autor: Aneta o 22:55 1 komentarz :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

Czas się dopakować:)

W końcu się zabrałam za to i teraz mogę spać spokojnie. Torbę do szpitala miałam przygotowaną od jakiegoś czasu, ale ciągle paru rzeczy w niej brakowało. Jestem zadowolona, gdyż wszystko się ładnie w niej zmieściło.
Listę rzeczy potrzebnych do szpitala dostałam w szkole rodzenia, dodałam do niej to, co uznałam za niezbędne i w ten sposób moja torba prezentuje się tak:

Środki higieniczne:

-duże podkłady poporodowe na łóżko firmy SENI- kupiłam jedną paczkę, która mieści 5 sztuk, z czego
 do torby zapakowałam 3 sztuki ( zgodnie z listą ze szkoły rodzenia)
-podkłady (ogromne podpaski) Bella Mamma 1 paczka (którą wzięłam w razie wu, ponieważ podobno w moim szpitalu są dostępne)
-papier toaletowy i ręczniki jednorazowe- po jednej rolce
-wkładki laktacyjne- 14 szt.



Kosmetyczka, a w niej:
- szampon i odżywka do włosów (przelane do mniejszych pojemników)
- żel do twarzy (j.w.)
- dezodorant (wersja mini)
- pasta i szczoteczka do zębów
- płyn (którego używam również jako żelu pod prysznic) i chusteczki do higieny intymnej,
- próbki kremu do twarzy
- próbka maści do obolałych brodawek
- woda termalna w spray'u (do odświeżenia w czasie porodu)
-pomadka ochronna do ust
-Tantum Rosa (4 saszetki)+ spryskiwacz do kwiatów, w którym je rozrobię (słyszałam, że dobrze psikać   takim roztworem ranę po każdej wizycie w toalecie)
- jednorazowa golarka
-waciki i patyczki do uszu (po parę sztuk)
- gumka do włosów
- grzebień do włosów
- podkładki na toaletę (5 szt.)



Ubrania:
- koszula do porodu (wolę mieć swoją niż szpitalną) i 3 koszule po porodzie
- szlafrok
- jeden ręcznik do porodu i dwa po (te po wzięłam czarne, może piękne nie są i takie ponure, ale wiadomo,
  że lepiej mieć ciemne)
- klapki (jedne do biegania i jedne pod prysznic)
- majtki siatkowe Hartmann 6 sztuk
- skarpetki i majtki bawełniane (kilka par)
- stanik do karmienia ( na razie zakupiłam jeden- potem się zobaczy, czy rozmiar będzie dobry)
- T-Shirt dla męża na zmianę



Akcesoria:
- telefon i ładowarka
- talerz, 2 kubki (jeden dla męża, żeby mógł popijać herbatkę), sztućce
- 3 małe butelki wody mineralnej
- batoniki Musli - 4 sztuki
- herbata (parę saszetek)+ cukier
- herbatka laktacyjna
- aparat fotograficzny +ładowarka

Dokumenty
wszystko posegregowane w koszulkach foliowych w teczce
-karta ciąży
-dowód osobisty
-badania USG
-grupa krwi
-wszystkie badania wykonane w czasie ciąży
-wynik wymazu na paciorkowca

Dla Szymusia:
W naszym szpitalu ponoć dla dzidziusia wszystko jest, polecono nam wziąć tylko:
 -chusteczki do pupy (1 paczka)
- smoczek (wolałabym go uniknąć, ale w razie czego...)
 - ubranko na wyjście ( 1 body zapinane kopertowo na długi rękaw, 1 body na krótki rękaw, półśpiochy,
   pajacyk, czapeczka, skarpetki, ciepły kombinezon, mały pampersik, pielucha tetrowa- do okrycia buźki,
   gdyby był mróz, kocyk) - to przywiezie tatuś później




I najważniejsze- POZYTYWNE NASTAWIENIE I UŚMIECH NA TWARZY:)

Uff, teraz mogę spokojnie czekać:)
Autor: Aneta o 18:25 2 komentarze :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

36 tc-wspomnienia.

Coraz bliżej... A na liczniku 27 dni do końca. Tydzień upłynął spokojnie. Bez żadnych sensacji i rewelacji:) Coś mnie wzięło do sprzątania i ciągle tylko to bym robiła. Chociaż Mąż się śmieje, że on nie widzi różnicy, bo cały czas miałam lekkiego świra na punkcie porządku- a codzienne mycie podłóg to u mnie od zawsze podstawa. Bo czysta podłoga równa się dla mnie czyste mieszkanie. Ale nie o tym miało być:)

Jeszcze się nie nacieszyłam ciążą, a teoretycznie w każdym momencie mogę urodzić. Oczywiście chciałabym z drugiej strony mieć synka po drugiej stronie, ale przeraża mnie to, że wszystko dzieje się tak szybko. Stanowczo za szybko. Może miałabym inne podejście, gdybym w ciąży się męczyła, gdyby przyczepiały się do mnie nieprzyjemne dolegliwości związane z odmiennym stanem. A tu odpukać poza lekkimi bólami kręgosłupa i paroma przypadkami spuchnięcia nóg nic się nie chce na moje szczęście przykolegować. 

Wagowo i centymetrowo przestaliśmy rosnąć- + 10 kg i 95 cm w pasie i zmian nie widać od trzech tygodni. Mam nadzieję, że Szymek za to przybiera odpowiednio. Kolejna wizyta u lekarza dopiero 17.02. z powodu jego urlopu. Śmieję się, bo nie wiadomo, czy tam jeszcze dotrę. Różnie może być...

Harce Szymusia w brzuszku nie ustają, a wszędzie piszą, że niby dzidziuś ma już w tym czasie malutko miejsca i jego fikołki nie będą tak intensywne. Widać nasz Aniołek ma w nosie, co piszą i robi sobie to na co ma ochotę. I dobrze. Niech od początku ma swoje zdanie, to sobie w życiu poradzi.
W tym tygodniu zaczęliśmy puszczać mu do brzuszka kołysanki z muzyką poważną. Ciekawe, czy potem będzie poznawał te melodie.

Trochę chaotyczny dzisiaj ten wpis, bo tyle myśli mi krąży po głowie. A najgorsze w tym wszystkim jest jedno. I nie jest to poród. Nie boję się go. Jestem pozytywnie nastawiona. Ja jako osoba, która lubi mieć wszystko zaplanowane, nie lubiąca nagłych zmian w harmonogramie dnia, nie mogę zadecydować/ustalić kiedy urodzę. Bo to nie zależy ode mnie. A tak bym chciała móc napisać w kalendarzu pod jakąś wybrana przez siebie datą: TO DZIŚ PRZYJDZIESZ NA ŚWIAT SYNKU. I narysować obok wielkie serduszko:) Ale nie mogę i co? I trzeba z tym żyć:)

Koniec marudzenia. Dziś zaczyna się tydzięń 37, czas zabrać się mamuśka za ostatnie przygotowania, zrobić listę rzeczy do dokupienia i załatwienia. Bo nie znasz dnia ani godziny:) 


Autor: Aneta o 10:28 1 komentarz :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

Spacerowa sobota

Piękna pogoda, więc żal było jej nie wykorzystać na weekendowy spacerek, tym razem po terenach byłej cegielni. A więc po pysznym, zdrowym śniadanku wyruszyliśmy w drogę, po drodze załatwiając jeszcze parę rzeczy.











Autor: Aneta o 22:07 Brak komentarzy :
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest
Nowsze posty Starsze posty Strona główna
Subskrybuj: Posty ( Atom )

Archiwum bloga

  • ►  2017 ( 6 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  stycznia ( 4 )
  • ►  2016 ( 36 )
    • ►  grudnia ( 2 )
    • ►  listopada ( 2 )
    • ►  września ( 4 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  czerwca ( 2 )
    • ►  maja ( 3 )
    • ►  kwietnia ( 4 )
    • ►  marca ( 5 )
    • ►  lutego ( 7 )
    • ►  stycznia ( 5 )
  • ►  2015 ( 94 )
    • ►  grudnia ( 8 )
    • ►  listopada ( 6 )
    • ►  października ( 7 )
    • ►  września ( 9 )
    • ►  sierpnia ( 5 )
    • ►  lipca ( 3 )
    • ►  czerwca ( 1 )
    • ►  maja ( 9 )
    • ►  kwietnia ( 11 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 12 )
    • ►  stycznia ( 12 )
  • ▼  2014 ( 150 )
    • ►  grudnia ( 15 )
    • ►  listopada ( 14 )
    • ►  października ( 16 )
    • ►  września ( 13 )
    • ►  sierpnia ( 15 )
    • ►  lipca ( 10 )
    • ►  czerwca ( 10 )
    • ►  maja ( 12 )
    • ►  kwietnia ( 10 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ▼  lutego ( 8 )
      • Nasz cały świat
      • Uczymy się siebie nawzajem
      • Tyle szczęścia i tyle strachu...
      • A bocian miał inne plany:) 8.02.2014
      • 9 lat minęło...
      • Czas się dopakować:)
      • 36 tc-wspomnienia.
      • Spacerowa sobota
    • ►  stycznia ( 16 )
  • ►  2013 ( 17 )
    • ►  grudnia ( 9 )
    • ►  listopada ( 8 )
Obsługiwane przez usługę Blogger.