Strony

  • Strona główna
  • Kontakt
  • Obserwuję
  • O mnie
  • Projekt 52
Myszkowy Skarbiec


Tyle szczęścia i tyle strachu...

15 lutego, po 8 dobach w szpitalu wyszliśmy w końcu do domku. Mała Żabka pojawiła się na świecie za wcześnie. To był 37 tydzień, ale według pani neonatolog, która oceniała jego stan to Szymuś wyglądał co najwyżej na 34.
Po urodzeniu Okruszek swoje pierwsze dwie godziny życia spędził z mamą i tatą, po czym został zabrany na oddział neonatologii, gdyż pani ordynator neonatologii stwierdziła, że Szymek ma problemy z oddychaniem i utrzymaniem stałej temperatury ciała. Umierałam ze strachu o swoją Kruszynkę. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc szybko wzięłam prysznic i popędziliśmy ze świeżo upieczonym Tatusiem zobaczyć, co z naszym Maleństwem. A Maleństwo leżało biedne w inkubatorku, z podłączonymi kabelkami monitorującymi pracę serduszka, z tlenem podawanym przez nosek. A obok inne maleństwa krzyczące tak głośno. Nasz Okruszek był zbyt słabiutki, żeby nawet płakać, nie mówiąc już o jedzeniu.
Na drugi dzień z samego rana pobiegłam na oddział noworodkowy pełna obaw, co zastanę. Pozwolono mi przebrać i nakarmić z butelki Szymusia. Zjadł- "całe" 10 ml mleka. I to mleka modyfikowanego i z butelki- a ja tak chciałam karmić piersią. Niestety Szymuś był zbyt słaby, aby ciągnąć z butelki, nie mówiąc o piersi. Chcąc dać mojej Żabce wszystko co najlepsze, zaczęłam odciągać mleko i donosić w porze karmienia. Po południu miła wiadomość- Okruszek może wrócić do mnie na salę. Musimy sprawdzać mu temperaturę, kontrolować ilość zjedzonego pokarmu i dogrzewać. Byłam przeszczęśliwa mając go przy sobie. Tak się martwiłam tym, że on tam taki samiutki musiał być, że przez to stanie się nerwowy, że będzie myślał, że jest sam.
Nasza radość nie trwała jednak długo. Kolejnego dnia przyszedł na obchód pan Doktor, który okazał się być moim kolegą z liceum:) Rozebrał Szymka do naga i zbadał od stóp do głów. Powiedział, że wszystko jest w porządku, zostawił nas, po czym wrócił po godzinie z informacją, że zabiera Szymka na  USG. Po godzinie wrócił- bez Szymusia. Poinformował nas, że w trakcie badania wykryto u niego arytmię serduszka i musi zostać na dole. Byłam przerażona. Ta bezsilność, że moje Słoneczko tak cierpi, była nie do zniesienia. Zeszliśmy szybko na dół, aby Dziubek nie czuł się samotny. Przyszedł kardiolog dziecięcy. Zbadał i podczas badania, w tym momencie arytmii nie zauważył. Zlecił kontrolę w poradni za 3 miesiące. Wyjaśnił co i jak. Uff, cieszyłam się- synek wróci do mnie na górę. Jednak nie. Musi zostać. Powód- nie chce jeść. Znowu strach. Widok mojego Maleństwa, dostającego moje mleko prosto do żołądka przez sondę rozdzierał mi serce. Tak bardzo chciałam wyrwać go z tej całej maszynerii i ochronić przed całym światem. To można poczuć tylko przejąć to wszystko na siebie.  Moja Żabka miała parę dni a już musiała tyle wycierpieć- począwszy od wenflonów, licznych ukłuć, sondę, samotność wśród ciągle płaczących dzieci.
Na szczęście Maluszek zaczął wypijać mleczko bez sondy i wrócił do mnie do pokoju z zaleceniem karmienia co 2 godziny i kontroli ilości zjadanego pokarmu. Nie mogłam się już doczekać, aż wrócimy do domku. Niestety Szymuś nie przybrał na wadze, a wręcz sporo stracił, więc walentynki również spędziliśmy w szpitalu. Kolejny dzień, kolejne ważenie, serce podchodzące do gardła: czy przybrał? czy nie? Bo jeśli nie to znowu mi go zabiorą. Przybrał! Wychodzimy do domku! Hurra! Nareszcie:)

A dzisiaj? Czym jest szczęście? Szczęście to te dwa i pół kilo, które śpi teraz w swoim łóżeczku, takie bezbronne, maleńkie, patrzące na nas swoimi dużymi, głęboko niebieskimi oczami. Tak mało a tak wiele. Nie sądziłam, że można tak kochać... Oddałabym życie za to Maleństwo. To dopiero 10 dni, a ja czuję, że jest z nami od zawsze.

I jesteśmy tak wdzięczni wspaniałym lekarzom na oddziale neonatologii w Zielonej Górze, pani ordynator- kobiecie, która jest tam dniem i nocą, nieustannie kontrolując stan zdrowia każdego dzieciaczka, oraz cudownym pielęgniarkom- ciociom, które z taką troską i czułością zajmują się wszystkimi dzidziusiami.

Jeszcze w szpitalu:




I już w domku:





Autor: Aneta o 22:47
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

1 komentarz :

  1. Anonimowy20 lutego 2014 06:36

    Kruszynka :) Oj coś wiem o tej bezgranicznej miłości... Potem będzie jeszcze większa!
    Dużo zdrówka dla Was :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
      Odpowiedz
Dodaj komentarz
Wczytaj więcej...

Nowszy post Starszy post Strona główna
Subskrybuj: Komentarze do posta ( Atom )

Archiwum bloga

  • ►  2017 ( 6 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  stycznia ( 4 )
  • ►  2016 ( 36 )
    • ►  grudnia ( 2 )
    • ►  listopada ( 2 )
    • ►  września ( 4 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  czerwca ( 2 )
    • ►  maja ( 3 )
    • ►  kwietnia ( 4 )
    • ►  marca ( 5 )
    • ►  lutego ( 7 )
    • ►  stycznia ( 5 )
  • ►  2015 ( 94 )
    • ►  grudnia ( 8 )
    • ►  listopada ( 6 )
    • ►  października ( 7 )
    • ►  września ( 9 )
    • ►  sierpnia ( 5 )
    • ►  lipca ( 3 )
    • ►  czerwca ( 1 )
    • ►  maja ( 9 )
    • ►  kwietnia ( 11 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 12 )
    • ►  stycznia ( 12 )
  • ▼  2014 ( 150 )
    • ►  grudnia ( 15 )
    • ►  listopada ( 14 )
    • ►  października ( 16 )
    • ►  września ( 13 )
    • ►  sierpnia ( 15 )
    • ►  lipca ( 10 )
    • ►  czerwca ( 10 )
    • ►  maja ( 12 )
    • ►  kwietnia ( 10 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ▼  lutego ( 8 )
      • Nasz cały świat
      • Uczymy się siebie nawzajem
      • Tyle szczęścia i tyle strachu...
      • A bocian miał inne plany:) 8.02.2014
      • 9 lat minęło...
      • Czas się dopakować:)
      • 36 tc-wspomnienia.
      • Spacerowa sobota
    • ►  stycznia ( 16 )
  • ►  2013 ( 17 )
    • ►  grudnia ( 9 )
    • ►  listopada ( 8 )
Obsługiwane przez usługę Blogger.