Halloween. Jedni kochają. Inni nienawidzą. Co roku wiele dyskusji na ten temat. Dla mnie to idealna okazja do spędzenia wspólnie czasu. Halloween, które akceptuję to lampiony z dyni, przebrania, straszne ozdoby i przekąski. Chodzenie od domu do domu i zbieranie cukierków? Nie. Tego nie lubię.
Rok temu Halloween spędziliśmy w trójkę. Ja, Ślubny i malutki niespełna dziewięciomiesięczny Szymcio. Poszedł szybko spać. My graliśmy w grę planszową i zajadaliśmy się paluchami wiedźmy, strasznymi faszerowanymi paprykami oraz żelkami. W tym roku Szymcio już nieco większy. Chciałam by też miał jakieś atrakcje. Myślałam i wymyśliłam. Mini przyjęcie! Przygotowałam przekąski. Ozdobiliśmy mieszkanie. Szymcio od razu po wstaniu zauważył dyniową girlandę. Paluszek powędrował w górę a z buzi wydobyło się 'łoo', które uwielbiam.
Ślubny niestety musiał iść do pracy. Ale my bawiliśmy się doskonale. Szymcio najpierw stał się dobrym duszkiem, straszącym mamusię. A potem kotkiem. Z zachwytem przyglądającym się swojemu odbiciu w lustrze. A po południu powitaliśmy gości. I to jest właśnie coś za co najbardziej lubię Halloween. Za możliwość spędzenia czasu w doskonałym towarzystwie. A dzisiejsze właśnie takie było.




















Pięknie Ci wyszło :) Ja nie mam nic przeciwko Halloween, uważam, że wszystko jest dla ludzi i z umiarem :)
OdpowiedzUsuń