A wczoraj byliśmy na pierwszych zajęciach w szkole rodzenia. G. był jedynym obecnym tatusiem (co na pewno nie wprawiło go w dobry humor). Ale to chyba wpływ tego, że wybrałam godzinę 12 30, żeby nie blokować miejsc osobom, które pracują i pasuje im tylko późniejsza godzina.
Ogólnie wrażenia pozytywne, ale odniosłam wrażenie, że położna prowadząca zajęcia próbuje za wszelką cenę nastraszyć obecne tam kobiety. Np. że trzeba cały czas zwracać uwagę na to, czy dziecko się rusza i jeżeli nie czujemy ruchów nawet tylko pół godziny to należy od razu jechać do szpitala. Nie dajmy się zwariować. Przecież dzieci w brzuszku też czasem albo w większości śpią. Każda przyszła mama wie, kiedy jej dziecko jest aktywne i to powinno być najważniejszym wyznacznikiem. Pojawiły się też inne formy "straszenia"- tego nie róbcie, tamtego nie róbcie, ogólnie z tego, co słyszałam, najlepiej leżeć i pachnieć i czekać na poród. Śmieszy mnie to, bo mówi się, że ciąża to nie choroba, a z drugiej strony, gdy człowiek słyszy wciąż takie rzeczy, to zaczyna szczerze w to wątpić.
Dostaliśmy za to listę potrzebnych do szpitala rzeczy i okazuje się, że np. dla dzidziusia szpital zapewnia wszystko, jedynie można wziąć chusteczki nawilżane.
Dalszą część wczorajszego dnia spędziliśmy na poszukiwaniach prezentów. Udało nam się co nieco znaleźć i nawet już popakować:)
Ja też chodziłam z R. na zajęcia do szkoły rodzenia. Jakość uzależniona od położnej która akurat danego dnia prowadziła zajęcia, ale za to odbywały się na terenie szpitala więc mogłam się co nieco z nim oswoić i zobaczyć np. sale porodowe :)
OdpowiedzUsuń