Strony

  • Strona główna
  • Kontakt
  • Obserwuję
  • O mnie
  • Projekt 52
Myszkowy Skarbiec


Dzień, w którym zdarzył się cud

















7 lutego. Piątek. Wstaję wcześnie. Bardzo wcześnie. Sprzątam całe mieszkanie. Piekę ciasto, robię deser. Czekam na dziewczyny. Dziś odwiedzają mnie koleżanki z pracy. Są! Jest miło. Rozmawiamy. Żartujemy. Pytają jak się czuję. Mówię, że świetnie. Opowiadam o przeczuciu, że urodzę przed terminem. Mam je od niedawna. Dziewczyny żegnaja się. Ja w świetnym nastroju. Miły początek dnia. A to dopiero początek. Czekam na Mężusia. Był naprawiać auto.Wraca! Jest! Dzisiaj w końcu poświętujemy naszą kolejną rocznicę bycia razem. Wcześniej nie było kiedy. Są plany. I to jakie! Najpierw kino, potem jedzonko. Wybór filmu. Na co by tu iść? Nic takiego nie ma. Wybieramy "Wkręconych". Za radą kolegi.  Podobno można się pośmiać. Ok. Zobaczymy. Rzeczywiście. Jest wesoło. Bardzo wesoło. Cały czas chichoczemy. Po filmie wchodzimy na chwilkę do mojego ulubionego sklepu. Z dodatkami dla domu. Mam upatrzony kubek. W motylki. Chcę go koniecznie. Jest taki wesoły i wiosenny. Rybka mi go kupuje. Jest przed 21. Trochę za pózno na wypad do restauracji. Trudno. Innym razem. Ale ja mam wielką ochotę na shake'a z Mc'donalda. Dużego. Truskawkowego. Rybka jedzie na Mcdrive'a. Kupuje. Wypijam całego w drodze do domu. Ale to dobre! Wracamy szczęśliwi. Jeszcze tylko muszę przesłać mamie parę zdjęć na bloga. 
Mąż wykąpany, mocno zmęczony po całym dniu kładzie się spać. Ja też po kąpieli.. Zaraz! Muszę jeszcze siusiu. Chlust! Co się dzieje? To wody! Wołam Męża! Przychodzi. Patrzy. Smieję się do niego! To już! Zaraz powitamy Szymusia! Telefon do położnej. Każe spokojnie jechać do szpitala. Biorę prysznic. Ubieram się. Biorę kartkę z listą rzeczy do dopakowania. Pakuję je do torby. I kubek. W wesołe kolorowe motylki. 
Mąż już gotowy. Jeszcze chwila! Muszę obciąć paznokcie i powyrywać brwi. Jak to tak z niepowyrywanymi do szpitala jechać? Mąż dzielnie czeka. Ja się śmieję. Cały czas. Tak już mam. Od małego. Z nerwów. Zawsze tak mialam. Nawet w szkole, jak mnie brali do odpowiedzi. Teraz też. Mąż się niecierpliwi. Bierze torbę. Idzie do samochodu.. Ja jeszcze chwilę. Zaraz zejdę. Schodzę. Jedziemy! Czekaj! Nie pamiętam, czy zamknęłam drzwi! Muszę wrócić i sprawdzić. Wbiegam na drugie piętro, łapię za klamkę. Uff! Zamknięte. Schodzę na dół. Już łapie za klamkę do samochodu. Czy te drzwi na pewno były zamknięte? Zapomniałam, czy sprawdzałam. Mąż zniecierpliwiony. Ja biegnę drugi raz. No dobra. Łapię za klamkę i mówię do siebie w myślach: Zamknęłam drzwi. Są zamknięte. Możemy jechać. Przyjeżdżamy. Jest po 23. Mówię pani na izbie przyjęć co i jak. Papiery. Dużo papierów do wypełnienia. Mąż przynosi torbę. Pytam pani, kiedy urodzę, jeśli nie ma skurczy. Mówi mi, że może za parę godzin, może za parę dni. Kurcze! Nie chcę tu zostawać. Nie tak miało być. Papiery wypełnione. Idziemy na porodówkę. Położna każe wsiąść na wózek. Nie chcę. Chcę sama. Nie pozwala. Takie zasady i już. Badanie. Przychodzi lekarz. Mówie mu o wodach. Sprawdza, sprawdza. Mówi, że on tu nie widzi nic takiego. Burzę się. Jak to? Przecież wiem! Znowu chlust! Hehe, teraz niech sobie zobaczy! Ktg- skurczy brak. Nie zostanę na porodówce. Odsyłają mnie na patologię. Jest po północy. Położna prowadzi mnie do pokoju. Każe sie położyć i wezwać ją, jeśli coś by sie zaczęło. Wszyscy w pokoju śpią. Szeleszczę, głośno szeleszczę. Szukam w torbie podkładów. Wody wciąż się leją. 
Jest po 1:00 w nocy. Mąż wraca do domu. Nie może tu ze mną być. Buziak na do widzenia. Kładę się na łóżko. Poleżę trochę. I tak nie zasnę. Nagle ból. O! To chyba skurcz! Patrzę na zegarek. Kolejny. Zerkam znowu. Minęło 5 minut. I za nastepne 5 następny i następny. Nie boli mocno. Poleżę jeszcze. Po co mam budzić tą miłą panią? Mijają dwie godziny. No dobra. Pójdę. Położna robi KTG. Są skurcze. Co 3 minuty. Dzwoni po lekarza. Zaraz przyjdzie. Mam się położyć i czekać. Nie moge już leżeć. Chodzę sobie po korytarzu. Piszę do Męża, że to już. Żeby przyjeżdżał. Chodzę w tą i z powrotem .Korytarz jakiś taki krótki. O kurcze! Jutro a wlaściwie dzisiaj miałam iść do kosmetyczki na hennę. Trzeba odwołać. Sms do siostry. Ona to załatwi. Prawie piąta w nocy. Przychodzi w końcu lekarz. Tak, to już. Szyjka zgładzona. Rozwarcie na 2 cm. Na porodówkę. Wszystkie pojedyńcze sale zajętę. Zostaje boks. Położne obiecują, że coś sie zwolni.  Coraz bardziej boli. Jest mąż. Przyjechał. Przytulam się. Położna proponuje prysznic. Ok. Może być. Siedzę sobie i leję ciepłą wodę na brzuch. Jest dobrze. W czasie skurczu oddaje słuchawkę Rybce. On polewa. Mogę tak siedzieć i siedzieć. Mija 40 minut. Położna każe wyjść. Ale ja nie chcę! Mi tu dobrze! No nic, co za dużo to niezdrowo. Wychodzę. Teraz chodzę po korytarzu. 6:20. Przyjeżdza moja położna. Rozmawiamy, żartujemy. W czasie skurczu odchodze na bok. Przytulam sie do ściany. Badanie. To już 5 cm. Boli coraz bardziej. Denerwuje mnie zapach perfum położnej. Po co ona się tak wypsikała! Boli jeszcze nie najgorzej, ale ból się powiększa. Proszę o coś przeciwbólowego. Położna mówi, że zaraz zwolni sie osobny pokój. Jak do niego przejdziemy, to wtedy coś dostanę. Ok. Nie ma sprawy. Przecież wytrzymam. Kładę się na łóżko. Przychodzi skurcz. Zrywam się. Nie moge leżeć. Muszę wstać. I tak ciągle. Sala wolna. Możemy iść. Czekam aż skurcz przejdzie i ruszam. Ok. Jesteśmy sami. Rybka chce trzymać za rękę. Ja nie chcę. Chcę sama. Nie chcę miziania, dotykania. Każą leżeć na lóżko, bo KTG. Nie chcę leżeć. Ile to jeszcze potrwa? Mąż robi zdjęcia! Jak bym dorwała ten aparat, to bym go wyrzuciła przez okno! Wszystko denerwuje.  Znowu proszę o coś przeciwbólowego. Położna mówi, że jak chcę szybko urodzić, to nic nie mogę wziąć. Pytam, ile jeszcze to potrwa. Każda minuta się dłuży. A to dopiero trzy godziny tu jestem. Jest 10 cm. Nareszcie! Każą przeć to prę. Niestety skurcze maleją. Trzeba podlączyć kroplówkę. Aaaa! Ja nie chcę. Ile jeszcze? Mąż dzielnie trzyma za rękę. Położna go woła. Pokazuje włoski. Już widać Szymusia. Jeszcze moment! 8:20! Już jest! Mój! Maleńki jak Okruszek. Kładą mi go na brzuchu. Nie mogę opanować łez. Czemu nie krzyczy? Jest- pierwszy krzyk. Witam się z synkiem. Pierwszy raz. Jestem Twoją mamą, mówię ze wzruszeniem. Przytulam z całych sił. Ból? Już nie pamiętam. Był w ogóle? Tatuś wzruszony. Przecina pępowinę. Leżymy sobie. Przytulamy się. Obok tata. Ważenie, mierzenie. Ubierają w ubranko. Zostawiają nas. Mamy synka! Patrzę, przytulam i uwierzyć nie mogę. Jesteśmy rodzicami tego najcudowniejszego chłopczyka. To jest nasz cały świat- zamknięty w tym niespełna 2,5 kilogramowym ciałku.
I tak ciężko uwierzyć, że już zaraz miną cztery miesiące. Prawie 4 miesiące mamy przy sobie nasz największy skarb. 


Autor: Aneta o 22:08
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

2 komentarze :

  1. Anonimowy9 czerwca 2014 07:45

    Piękny dzień :) I pierwsze zdjęcie Szymusia- taki okruszek

    Ja swój poród też wspominam z łezką w oku, mimo, że wcześniejsze dni były okupione łzami i strachem. I muszę gdzieś go opisać, bo minęło pół roku i nie chciałabym żeby coś mi umknęło, a wiadomo z czasem człowiek zapomina drobne detale.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
      Odpowiedz
  2. Aneta9 czerwca 2014 19:27

    Koniecznie gdzieś opisz. Nawet dla samej siebie. Tak jak piszesz, z czasem wszystko umyka. A takie chwile warto pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
      Odpowiedz
Dodaj komentarz
Wczytaj więcej...

Nowszy post Starszy post Strona główna
Subskrybuj: Komentarze do posta ( Atom )

Archiwum bloga

  • ►  2017 ( 6 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  stycznia ( 4 )
  • ►  2016 ( 36 )
    • ►  grudnia ( 2 )
    • ►  listopada ( 2 )
    • ►  września ( 4 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  czerwca ( 2 )
    • ►  maja ( 3 )
    • ►  kwietnia ( 4 )
    • ►  marca ( 5 )
    • ►  lutego ( 7 )
    • ►  stycznia ( 5 )
  • ►  2015 ( 94 )
    • ►  grudnia ( 8 )
    • ►  listopada ( 6 )
    • ►  października ( 7 )
    • ►  września ( 9 )
    • ►  sierpnia ( 5 )
    • ►  lipca ( 3 )
    • ►  czerwca ( 1 )
    • ►  maja ( 9 )
    • ►  kwietnia ( 11 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 12 )
    • ►  stycznia ( 12 )
  • ▼  2014 ( 150 )
    • ►  grudnia ( 15 )
    • ►  listopada ( 14 )
    • ►  października ( 16 )
    • ►  września ( 13 )
    • ►  sierpnia ( 15 )
    • ►  lipca ( 10 )
    • ►  czerwca ( 10 )
    • ▼  maja ( 12 )
      • Dzień, w którym zdarzył się cud
      • O moim pieczeniu /2
      • O nowym łóżeczku
      • Mama-czyli ja
      • Nasze spacery
      • O szczególnych urodzinach
      • Chrzciny Szymcia 17.05.2014
      • Przygotowania
      • Chrzcinowy outfit
      • Bijąca kropeczka
      • 3!
      • Migawki z życia /2
    • ►  kwietnia ( 10 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 8 )
    • ►  stycznia ( 16 )
  • ►  2013 ( 17 )
    • ►  grudnia ( 9 )
    • ►  listopada ( 8 )
Obsługiwane przez usługę Blogger.