Strony

  • Strona główna
  • Kontakt
  • Obserwuję
  • O mnie
  • Projekt 52
Myszkowy Skarbiec


Moje mleko













Moja mleczna droga? Jak wyglądała? Jak wygląda? 
Jeszcze będąc w ciąży planowałam, że jeśli tylko to będzie możliwe będę karmić piersią. Żeby dać Szymkowi, wszystko co najlepsze. Planowałam robić to chociaż trzy miesiące.
Nie spodziewąlam się, że nie będzie to takie łatwe. I że tak duże znaczenie mają ludzie, których spotykasz na swojej drodze.

Szymcio urodził się w 37 tc, chociaż ordynatorka neonatologii inaczej oceniła jego wiek. Wg niej nie miał więcej niż 34 tygodnie. Urodził się bez odruchu ssania. Mimo, że chwilę po porodzie z pomocą położnej został przystawiony do piersi, nie umiał i nie miał siły jej ssać.

Po dwóch godzinach spędzonych razem, został zabrany na oddział noworodkowy. I tam wbrew moim wcześniejszym wyobrażeniom w pierwszej dobie nakarmiony od razu mlekiem modyfikowanym.
Ja jako świeżo upieczona matka nie miałam pojęcia co teraz. Czy będę mogła karmić piersią, czy nie? Jeśli tak, to kiedy? Co mam teraz robic? Miałam wiele wątpliwości. Na szczęście położna, która towarzyszyła mi przy porodzie, zasugerowała, że powinnam udać się do położnych na rooming'u po laktator i spróbować odciągać od początku mleko. Stwierdziła, że to najlepsze, co mogę zrobić dla mojego przedwcześnie urodzonego synka. Tak też uczyniłam. Można sobie wyobrazić moją reakcję, gdy w odpowiedzi na moją prośbę usłyszałam- A co tam Pani ma? Proszę przyjść jutro, to może wtedy. Niedoświadczona zapytałam, czy jeśli przyjdę jutro, nie będzie trochę późno. Spotkałam się jedynie z kpiącym spojrzeniem. Można się domyślić, jak się wtedy poczułam. Laktatora oczywiście nie dostałam.

Na drugi dzien, kiedy rano pojawiła się nowa zmiana, ponowiłam swoją prośbę. Miałam szczęście, gdyż tym razem spotkałam położną- anioła. I całe szczęście, bo nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie ta pani. Od razu zaopatrzyła mnie w laktator, chwaląc moje postępowanie. Wytłumaczyła i pokazała co i jak. Pochwaliła, gdy do butelki zaczęły spływać pierwsze krople pokarmu, tak cennego dla mojego synka. 
Szczęśliwa, że mogę choć w ten sposób pomóc mojemu synkowi, zbiegłam piętro niżej niosąc dla niego świeżo odciągnięte mleczko. I tak zaczęła się moja walka o pokarm. Z zaciśniętymi zębami co trzy godziny odciągałam mleko według instrukcji położnej. Ta, znając moją historię przysłała do mnie położną laktacyjną, która udzieliła mi wszelkiej pomocy.

Walka była ciężka. Mleko odciągałam co trzy godziny z zegarkiem w ręku. Odciąganie trwało 30 minut. A próby karmienia Szymusia około godziny. A i tak zjadał z ledwością 10-20 ml. Po nakarmieniu miałam chwilę i znowu od początku. Zasypiałam przy laktatorze, ale walczyłam. Było o co. W trzeciej dobie przyszedł tzw. nawał pokarmu. Czułam, że piersi mi eksplodują. Znowu mogłam liczyć na panią Danusię. Przyszła i wytłumaczyła, jak sobie z tym poradzić. Cieszę się, że byłam wtedy w szpitalu.
Szymuś wciąż nie chciał/ nie umiał ssać. Nawet z butelki. Ponownie zabrano go na oddział noworodkowy. Podejrzewano wadę serduszka. Położna laktacyjna pocieszała, kazała pić herbatkę z melisy. Tłumaczyła, że mój stres ma wpływ na ilość pokarmu. A ten będzie najlepszym lekarstwem dla synka. Mimo wykluczenia wady, Szymuś został na noworodkowym, gdyż nie jadł. Musiał mieć podawane mleko przez sondę do żołądka. Dalej walczyłam, odciągałam pokarm, by regularnie co trzy godziny, nawet w nocy go dostarczać. By mój synek dostawał, to co najlepsze.

Znowu mógł wrócić do mnie na salę. Niestety wciąż jadł niechętnie i nie przybierał. Położna laktacyjna starała się jak mogła. Podpowiadała jakim sposobem odciagac mleko, by było bardziej kaloryczne, kombinowała ze smoczkami, który będzie najbardziej odpowiedni dla Szymusia. Radziła, by jak najczęściej go próbować przystawiać do piersi, mimo że nie umiał wcale z niej ciągnąć. Waga Szymusia niestety stała w miejscu, a nawet spadała. Pani Danusia martwiła się, że robimy wszystko jak trzeba a to nic nie daje. Wreszcie, po 7 dobach coś się ruszyło. Szymuś trochę przybrał na wadze i mogliśmy wrocić do domu. Położna dała dobre rady na drogę, poradziła jaki laktator kupić, by utrzymać laktację i wyszliśmy do domu. Nie wierzyłam w to, że Szymuś będzie jadł z piersi. Zresztą nawet położna laktacyjna mówiła, że to może być ciężkie. Zalecała, by karmić odciągniętym pokarmem i tyle. Jakie było moje zdziwienie, gdy Szymuś przystawiony do cycusia nagle załapał o co chodzi i zaczął ssać. Od tej pory jadł z niego, co było wielkim zdziwieniem dla nas.

Ważył malutko, więc karmiłam go w ten sposób, że naprzemiennie dawalam pierś i  moje mleko odciągnięte w butelce, by kontrolować ile zjada. Mój zdolny synek nie robił żadnego problemu. Czy cycuś, czy butelka, jadł równie chętnie. Jako, że położna środowiskowa, która nas odwiedzała, powiedziała że istotne jest, żeby w pierwszych miesiącach odpowiednio przybrał na wadze, powinnam dokarmiać go mlekiem modyfikowanym. Co też z niechęcią, ale zrobiłam. Szymuś pił również mm bez żadnego grymasu. Takie mam bezproblemowe dziecko.

Jak dziś wygląda moje karmienie? Szymuś ssie cycusia i dostaje mm, na zmianę.  Apetyt mu dopisuje. Karmię go co trzy godziny, z paroma godzinami przerwy w nocy. Staram się, by wypijał więcej mojego mleka. ważne, że się nim najada.
Trochę żałuję, że dałam się namówić na mm. Myślę, że gdybym tego nie zrobiła, miałabym więcej pokarmu. Ale nie narzekam. Wiem, że robię jak najlepiej. Jestem wdzięczna, że moi bliscy mnie wspierali. nigdy nie usłyszłam złego słowa, ani żadnych komentarzy. Szymuś jest zdrowy, szczęśliwy. A ja chcę go wciąż karmić, przynajmniej do 8 miesiąca, a może i jeszcze dłużej. Cieszę się, że na swojej drodze spotkałam dwie położne, które zapewniły wsparcie. Szkoda, że pierwsza zmiana na którą trafiłam okazała się być taka a nie inna. Ja miałam szczęście, ale ile kobiet już na wstępie się poddało?

Moja walka, choć trudna, opłaciła się. Za każdym razem, gdy patrzę na Szymusia, tak chętnie jedzącego z cycusia wiem, że warto było. Lubię te nasze chwile. Cieszę się, że znalazłam w sobie dość siły. Jestem szczęśliwa, że się nie poddałam.




Autor: Aneta o 10:03
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

1 komentarz :

  1. Anonimowy12 czerwca 2014 10:16

    To prawda, wsparcie na samym początku położnej jest nieocenione. Niestety u mnie w szpitalu było z tym różnie i zostawałyśmy pozostawione same sobie. Na szczęście była jeszcze rodzina i przyjaciółka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
      Odpowiedz
Dodaj komentarz
Wczytaj więcej...

Nowszy post Starszy post Strona główna
Subskrybuj: Komentarze do posta ( Atom )

Archiwum bloga

  • ►  2017 ( 6 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  stycznia ( 4 )
  • ►  2016 ( 36 )
    • ►  grudnia ( 2 )
    • ►  listopada ( 2 )
    • ►  września ( 4 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  czerwca ( 2 )
    • ►  maja ( 3 )
    • ►  kwietnia ( 4 )
    • ►  marca ( 5 )
    • ►  lutego ( 7 )
    • ►  stycznia ( 5 )
  • ►  2015 ( 94 )
    • ►  grudnia ( 8 )
    • ►  listopada ( 6 )
    • ►  października ( 7 )
    • ►  września ( 9 )
    • ►  sierpnia ( 5 )
    • ►  lipca ( 3 )
    • ►  czerwca ( 1 )
    • ►  maja ( 9 )
    • ►  kwietnia ( 11 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 12 )
    • ►  stycznia ( 12 )
  • ▼  2014 ( 150 )
    • ►  grudnia ( 15 )
    • ►  listopada ( 14 )
    • ►  października ( 16 )
    • ►  września ( 13 )
    • ►  sierpnia ( 15 )
    • ►  lipca ( 10 )
    • ▼  czerwca ( 10 )
      • O jednym z najpiękniejszych dni
      • O małym raju
      • Moje mleko
      • Marchewka-podejście pierwsze.
      • Zmiany, zmiany...
      • 4!
      • Na działce
      • Lumpeksowe love /2
      • Miłość od pierwszego wejrzenia
    • ►  maja ( 12 )
    • ►  kwietnia ( 10 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 8 )
    • ►  stycznia ( 16 )
  • ►  2013 ( 17 )
    • ►  grudnia ( 9 )
    • ►  listopada ( 8 )
Obsługiwane przez usługę Blogger.