Oj, ale ja nie chciałam jechać na tę wycieczkę. Marudziłam. Kombinowałam. Wszystko bym zrobiła, by nie musieć tam jechać. By nie zostawić mojego malutkiego Synka na noc. No i...
Pojechaliśmy. I było wspaniale. Dwa dni górskich wędrówek. 19 i 14 km. Noc w schronisku. Bułki i ta zwykła woda. Zapomniałam już, że tam na szlaku orzeźwia najlepiej. Satysfakcja, bo kondycja okazała się być nienajgorsza. I spojrzenie innym wzrokiem na Ślubnego. Bo przecież tak świetnie sobie radzi w roli przewodnika. I orientuje w tej dla mnie nieczytelnej mapie. I taki uśmiechnięty i weselszy niż ostatnio. Teraz wiem, że potrzebny jest czasem taki wyjazd. Że potrzebny był nam. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo. Wyjazd, gdy beztrosko można myśleć o sobie. Odpocząć od trosk związanych z byciem rodzicem. Od odpowiedzialności za tego małego Człowieka. Która chociaż cudowna, to czasem przecież daje w kość. I chociaż myśli moje krążyły wciąż wokół tego co On robi. Czy jest smutny. Czy się boi. Czy tęskni. Czy będzie spał spokojnie. To wróciłam szczęśliwa. I już myślę o następnym naszym takim wyjeździe. Tym razem w dwójkę. Nie wiem kiedy i dokąd. Ale wiem, że musimy czasem wyjechać jako Mąż i Żona.
A Szymonek? Poradził sobie doskonale. Wszystkie moje obawy okazały się być na wyrost. Wspaniale spędził czas z babciami i dziadkiem. I nawet przywitął nam uśmiechem od ucha do ucha.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz