Wczoraj minął miesiąc od mojego powrotu do pracy. Pamiętam, jak się bałam. Jak myślałam, przeżywałam. Spać nie mogłam. Myśli krążyły tylko wokół jednego. Jak to będzie? Jak dam radę zostawić Szymcia?
Pierwsze wyjście. Szymcio chyba przeczuwał, co się święci. Wstał zaraz po mnie i nie odstępował na krok. Oj, miałam łzy jak grochy, gdy po wyjściu z mieszkania usłyszałam jego płacz. Nie wiem, ile telefonów wykonałam. W pracy ciężko się było skupić.
Minęło trochę czasu. I już wiem. Że te moje wyjścia dwa razy w tygodniu wcale takie straszne nie są. Lubię przecież swoją pracę. Mam znowu kontakt z ludźmi. Tylko szkoda, że muszę dojeżdżać tak daleko.
Szymcio wciąż się przyzwyczaja do nowej sytuacji. Na początku nie zwracał uwagi na mój powrót. Z czasem jest troszkę trudniej. Zaczął kojarzyć, że odwiedziny u babci równają się wyjściu mamy. Tak mi Go szkoda. Ale przecież wiem, że nikt mu krzywdy nie zrobi. Przecież nie zostaje z nikim obcym. Tata, babcie, dziadek i prababcia staja na głowie, by na twarzy mojego Chłopczyka gościł cały czas uśmiech. A gdy wracam. Gdy zamknę drzwi samochodu. To wtedy... Ja nie idę. Ja biegnę po tych schodach. By jak najszybciej Go zobaczyć. By przytulić. Wyściskać. Poczuć Jego zapach. I zobaczyć tą radość. Gdy mnie zobaczy. I to jak biegnie w moja stronę. Wyciaga te malutkie rączki, by się przytulić. I robi to tak mocno, jakby nie chciał puścić. A potem przez jakiś czas nikt inny się dla niego nie liczy. I tak sobie myślę. Że to właśnie dla takich chwil warto było wrócić do tej pracy.
A pojutrze kolejne wyzwanie.Pierwsza noc Szymcia beze mnie. Przerażenie i strach. Dlaczego to jest takie trudne?



Cudowne zdjęcia:-)
OdpowiedzUsuń