Pobudka wcześnie rano. Lubię tak. Delektować się chwilą ciszy, gdy moje chłopaki jeszcze śpią. Spokojna kawa. Prysznic. Włosy. Gdy wstają ja już gotowa. Śniadanie też już czeka. Jemy, ubieramy się i wychodzimy. Na dziś zaplanowaliśmy pieczenie kolejnej partii pierniczków. Zabrakło przyprawy. Trzeba odwiedzić sklep. Przy okazji Szymcio troszkę pospaceruje. Brrrrr! Ale dzisiaj zimno! Lecz mojemu Urwisowi to nie przeszkadza ani trochę. Dochodzimy do sklepu. Kupujemy, co trzeba. W drodze powrotnej przechodzimy obok piekarni. Nie obejdzie się bez świeżej maślanej bułeczki. Wciąż nie mogę przestać się dziwić!. Jak ten nasz Mądralek wie doskonale, gdzie co jest!
Już w domku. Chłopaki budują jakieś cuda z klocków a ja zagniatam ciasto. Jest. Możemy zacząć drugą turę pierniczenia.
Szymcio troszkę mniej zainteresowany niż za pierwszym razem. Trochę wycina, przy okazji ukradkiem zajadając surowe ciasto, po czym wraca do zabawy. Ja ze Ślubnym działamy. Wałkowanie. Wycinanie. Blacha do piekarnika. Blacha z piekarnika. I tak dopóki ciasto się nie skończy. W tle RMF Classic. A w domu unosi się piękny zapach.
Pierniczki upieczone, przełożone do metalowych puszek. Teraz będą czekać na dekorację. Ja ogarniam szybko kuchnię. Jemy obiad i ruszamy w drogę. Tym razem do centrum handlowego. Po drodze zabieramy babcię i chrześniaka Ślubnego. To dla niego to wyjście. Ma wybrać sobie prezent. Sprawa zostaje załatwiona nadzwyczaj szybko. Chwila i prezent jest. Super! Mam czas, żeby odwiedzić parę sklepów. Wpadam na dział dziecięcy. Jest ten dresik, który chciałam wcześniej kupić dla jednej z Pchełek. Jeszcze tylko parę rzeczy z drogerii i z powrotem w drogę. Na 17 mam wizytę u ginekologa. Ma pobrać dzisiaj wymaz. Wcześniej niż standardowo. Za radą położnej. Bo przecież Szymcio też się śpieszył na ten świat.
Kolejna sprawa załatwiona. Wracam do auta, gdzie czekają na mnie moje dwa Skarby. Jedziemy dalej. Co za intensywny dzień dzisiaj! Chociaż prawdę mówiąc prawie codziennie jest tak intensywnie. Zajeżdżamy na parking przy basenie. Dzisiaj ma tu być ciężarówka Coca- Coli. Szymcio będzie miał radochę! Wysiadamy. Ile tu ludzi! Jakie kolejki! No nic. Poczekamy tylko do pokoju z Mikołajem. Zajmuję kolejkę. Trochę przyjdzie nam postać.
Szymcio z Tatą podziwia światełka na mikołajowej ciężarówce. Ja czekam. Zimno. A kolejka zdaje się nie mieć końca. Czekamy i czekamy. Tak powoli to idzie. Szymcio coraz bardziej zmarznięty. No w końcu! Zaraz nasza kolej! Zaraz zrobimy sobie pamiątkowe zdjęcie z Mikołajem. A to pech! Mikołaj robi sobie przerwę. No akurat teraz? No nic, to przecież też człowiek. Szymcio przemarznięty. Szybka decyzja. Wracamy do auta. Żal tego czasu, ale zdrówko naszego Okruszka najważniejsze. Jedziemy dalej. Do babci. Odebrać szydełkowy dywan jej autorstwa. Ale on jest piękny! Skąd Ona ma taki talent? Dziadek częstuje gorącą herbatą. Musimy się rozgrzać. I głodna jestem jak wilk. Babcia podgrzewa bigos i robi kanapki. Pycha! Jeszcze mam ochotę na pomarańczę. Szymcio bawi się chwilkę z dziadkami i wracamy do domku. Już późno. Ciągle jestem głodna. Robię sobie płatki z mlekiem. Szymcio wykąpany i przebrany w piżamkę siedzi z Tatusiem na łóżku w sypialni. Bawią się. A mi oczywiście włącza się Perfekcyjna. Trzeba umyć podłogi! Żeby jutro rano miło zacząć dzień. Zaczynam od sypialni. Połowa umyta. Nagle 'pyk'. Czuję w środku. Blednę klęcząc na kolanach z tą szmatą w ręku. Wiem, co to oznacza. Wiem, że jak wstanę... Patrzę się tak na Nich. Tak się śmieją nieświadomi tego, że zaraz będzie. Mija kilkanaście sekund. A jakby cała wieczność. Trzeba wstać. Nie mogę tego przeciągać. Wstaję i szybko biegnę do łazienki. Chlust! Wody lecą na podłogę. Wołam Ślubnego, że się zaczęło. Mówi coś, czego nie powinien. Wiem, że to w tym zdenerwowaniu. Trzeba odwieźć Szymcia do babci. Szczęście, bo miał tam jechać jutro. Więc torba z ubraniami na zmianę przygotowana. Ślubny pyta, czy jadę od razu z nimi. Nie. Muszę się ogarnąć. Wziąć prysznic. Opanować te ciągle chlustające wody. Najpierw zawieź Szymcia i wróć po mnie - mówię ze łzami w oczach. Przytulam mojego Synka i mówię, że bardzo go kocham. Najmocniej. Żeby pamiętał. On patrzy na mnie smutnymi oczami. Przytula się i krzyczy 'mama' 'mama'. Nie chce iść. Widzi mój strach i nie wie biedny, co się dzieje. Nigdy nie widział mnie tak przestraszonej. Serce mi się kraje, gdy wychodzi. Biorę prysznic. Ubieram spodnie. Znowu chlust! Wszystko mokre. Kolejny prysznic. Ubieram drugie spodnie. Zaczynam czuć skurcze. Tylko czemu od razu takie mocne? Dopakowuje wszystko i akurat wraca Ślubny. Bierze torby i jedziemy. Skurcze coraz mocniejsze. Są już co parę minut.
Izba przyjęć. Mówię co i jak. Położna daje dokumenty. Każe część wypełniać mi część Ślubnemu. Widać, że się śpieszy. Nie jest dobrze! Każe się szybko przebrać. A Ślubnemu trzymać windę. Szybko siadam na wózek i jedziemy na porodówkę. Położne podpinają pod KTG. Ja już nie chcę leżeć. Skurcze są co chwilę. Wchodzi lekarz. Robi USG. Szybko bada. Zaraz pani urodzi pierwszego! Mówi. Czy zgadza się pani na cięcie. Co Pan radzi? Pytam. Poradzić to pani może przyjaciólka. Odpowiada niesympatycznie, dodając od siebie jeszcze parę głupich komentarzy. Obraża mnie. Jaka to jestem nieodpowiedzialna. Bo jego pacjentki w ciąży bliźniaczej to już od 32 tc leżą na patologii. Ale przecież mój lekarz nie widział takiej konieczności. Wszystko było dobrze. No nic. Niech sobie pogada. Nie wiem co mam robić. Chcę, żeby Ślubny tu przyszedł. Nie pozwalają. Mam sekundę na podpis. Podpisuję. Pamiętam słowa sympatycznej położnej, z którą się widzieliśmy dwa dni wcześniej. Do 36 tc zalecana jest cesarka. Dzieci są zbyt małe i poród naturalny nie jest wskazany. Lekarz mówi, że nie wie czy zdążą przygotować salę. Panuje pośpiech. Przybiega pani anestezjolog. Chyba naprawdę jest mało czasu, bo chce mi dać pełną narkozę. By było szybciej. Ratuje mnie ten bigos, który jadłam wcześniej. Nie może mnie uśpić. Będzie znieczulenie w kręgosłup. Cała się trzęsę ze strachu. Proszę tą miłą położną, żeby powiedziałam Ślubnemu co się dzieje. Obiecuje, że zaraz do niego pójdzie. Każą usiąść i się schylić. Jedna położna mnie przytrzymuje. Cała dygoczę. Pani anestezjolog podaje znieczulenie. Jest ok. Prawie nic nie czuć. Tłumaczy, co się będzie działo. Głaszcze po ręce i opowiada przebieg operacji. Widać, że to kobieta z powołania. Dziwne uczucie. Czuję szarpanie a bólu nie. Mam wrażenie, że mija chwila. Lekarz wyjmuje pierwszą Pchełkę. Widzę przez ułamek sekundy i znika w drugim pokoju. Mija dosłownie chwila i jest drugi Skarb. Nie pokazują mi go, tylko od razu zabierają. Czuję się taka samotna. Tak inaczej. Nie tak. Nie mogę zobaczyć. Nie mogę dotknąć. Nie mogę przytulić. Zza drzwi słyszę płacz. Głośny. Położna mówi, że Ślubny już tam z nimi jest. Ulga. Są bezpieczni. Jest przy nich Tatuś. Nie będą sami. Zszywają mnie a ja myślę tylko o moich Maluszkach. Chcę do nich. Trafiam na salę pooperacyjną. Przychodzi Ślubny. Mówi, że Pchełki są na noworodkowym. Nie jest to dla mnie zaskoczenie. Spodziewałam się tego. Muszą być na obserwacji. Jestem spokojna. Wiem, że tam 'ciocie' się nimi dobrze zajmą. Ślubny pokazuje filmik. Widzę swoich Chłopaków. Jacy piękni. Najpiękniejsi. Ślubny idzie do nich. Wraca do mnie. Idzie do domu się przespać. Ja będę mogła wstać dopiero po 12 godzinach. Dopiero w południe. Każą się przespać. Ale jak tu spać? Czekam do tego rana, by móc zobaczyć moje Skarby. Ranek. Jest 8. Obchód. Pytam lekarza, kiedy będę mogła w końcu wstać. Chcę już. Nie chcę leżeć. Niestety. 12 godzin to 12 godzin. Jeszcze 4 godziny. Pytam, czy będę mogła iść od razu do dzieci. Mówi, że dopiero wieczorem. Niech sobie mówi- myślę. Jak tylko będę mogła wstać to od razu idę. Nikt mnie nie powstrzyma. Za każdym razem, gdy przychodzi położna marudzę, że już chcę wstać. Przysyła rehabilitantkę, by mi pokazała, jak mam to zrobić. Przychodzi. Zaczyna coś mówić. A ja myk i siedzę na łóżku. Drugi myk i wstaję. Pani patrzy zdziwiona. A ja po prostu chcę do dzieci. Przychodzi położna. Pani jest niemożliwa - mówi. No dobrze. Niech panią mąż zawiezie na wózku. Biorę cewnik pod pachę i jedziemy. Już zaraz ich zobaczę. Moje Skarby. Wjeżdżamy na oddział. Jeszcze tylko mycie i odkażenie rąk. I już. Już są. Już jestem moje Aniołki. To ja, wasza Mamusia. Już jestem z Wami. Już będzie dobrze.
Tak inaczej niż chciałam. Nie tak jak sobie wymarzyłam. Inaczej miał wyglądać ten dzień. A jednak. Mimo tego, że był zupełnie inny. Tak różny od moich oczekiwań. Był jednym z najpiękniejszych. Bo zdarzył się kolejny raz Cud. Podwójny Cud. Dwa Cuda. A Cudom tym na imię Grześ i Kubuś.
Córeczko kochana, bardzo się wzruszyłam. Cud narodzin spisany Twoimi słowami jest jeszcze piękniejszy, jeszcze bardziej wyjątkowy.
OdpowiedzUsuń