Strony

  • Strona główna
  • Kontakt
  • Obserwuję
  • O mnie
  • Projekt 52
Myszkowy Skarbiec


O naszym pobycie w szpitalu


14 dni. Dwa tygodnie. Tyle trwał nasz pobyt w szpitalu. Radość, smutek, strach, ogromna tęsknota. Te uczucia towarzyszyły mi w trakcie. Pchełki na oddziale neonatologii. Tak dobrze mi znanym. Te wszystkie sale, te twarze. Jakbym była tu wczoraj. Jakbym przychodziła do Szymcia.

Kolejne dni mijają. Dzień za dniem w szpitalnym pokoju. Walka o mleko. Zakończona pełnym sukcesem.  Rytm dnia wyznaczony godzinami karmień na oddziale. 8:00, 11:00, 14:00, 17:00, 20:00, 23:00, 2:00, 5:00. Dobrze, że tak jest. To wprowadza jakiś porządek. Z rana wstać. Wziąć prysznic. Uczesać. Pomalować. Odciągnać co trzy godziny mleko. Zejść. Zmierzyć temperaturę. Przewinąć. Nakarmić. Nacieszyć się trzymając te malutkie rączki przez otwory w inkubatorze. Wrócić do pokoju. Zjeść coś. I tak od nowa. Tylko po 15 robi się smutno. Że kolejny dzień tutaj. Że On tam. W dzień u jednej babci lub drugiej. W nocy z Tatusiem w domu. Że mnie nie ma. Że on nie wie co się dzieje.Nie rozumie. Tęskni. Ja tęsknię. Wariuję z tej tęsknoty. Jestem rozdarta. Oni tutaj. Pchełki moje maleńkie. On tam- Żabka ukochana. 

Każdy dzień przynosi coś nowego. Pierwsza doba. Na intensywnej. Te wszystkie kable i tlen podawany do noska. Straszny widok. Druga doba. Kubuś już na normalnej sali. Czekamy na Grzesia. Kolejne doby. Kubuś silniejszy. Grześ na antybiotyku. Karmienie sondą. Próby karmienia butelką. Kubuś je ładnie. Grześ nie ma siły. Ciągłe patrzenie na monitory. Alarmy, wywołujące wielki strach. To u Grzesia, to u Kubusia. Czwarta doba. Pierwsze kangurowanie. Jak trzymać to maleńkie ciałko? Piąta doba. Tatuś kanguruje też. Decyzja lekarki. Kubuś może niedługo trafi na górę. 9 doba.Trafia Grześ. Kubuś przestaje zgrywać bohatera. Funduje parę momentów przerażenia. Kończy się antybiotykiem. Jak u brata. Kolejny dzień. Na górę trafia i Kubuś. Najgorsze, że myślisz, że już będzie dobrze. A tu znowu coś. Tak to jest. Jeden krok naprzód. Dwa kroki w tył. Tak to u wcześniaczków jest. Ten ciągły strach  o Kruszynki nie ma końca.

Położne, pielęgniarki i panie salowe. Zawsze zagadujące. Pomagające. Położna laktacyjna. Codziennie zachodząca zapytać, co słychać. Złota kobieta.

A w tym wszystkim Szymcio. Dotychczas tylko raz Go zostawiłam na dłużej. Na 'całe' dwa dni. Odwiedza mamę. Czy to możliwe, by w parę dni tak urósł? Taki jakiś wielki. A przecież gdy szłam rodzić zostawiałam Maluszka. Tyle nowych słów się nauczył. Mam wrażenie, że tak wiele mnie ominęło. A to parę dni przecież. Biegnie ciągle w stronę tej windy. A ja chcę tylko go przytulić. Płacz, gdy ma wychodzić. Nie rozumie co się dzieje. Mój płacz, gdy wracam tą winda z powrotem na oddział. Zaraz święta. Tyle chciałam Mu pokazać. Tyle rzeczy z Nim zrobić. Miało być dekorowanie pierniczków i wspólne ubieranie choinki. I czytanie, żeby wiedział o tym co w tych świętach najważniejsze. A tu nawet nie wiadomo, czy Wigilię spędzimy razem. Czy nie będzie tak, że Tatuś w pracy, On u Babci, Pchełki piętro niżej. A ja tutaj. Sama. Bo przecież dzieci nie mogą wejść na oddział.

Odwiedziny rodziny. Ich troska. Mama. Niezastąpiona w swojej pomocy. Biegająca z tymi obiadami i załatwiająca wszystko, o co tylko poproszę. Ślubny tak dzielnie wszystko ogarniający. Kochany mój.Tyle nocek zarwał, by mi przygotować niespodziankę.
Położne na noworodkowym. Ich życzliwość. Dobre rady. Chęć pomocy. Ta całodobowa dostępność wspaniałych lekarek. Tak ważna w takich trudnych chwilach. Tak ważna na takim oddziale. To cudowne, że nie trzeba się prosić o informację. Tojedyne miejsce jakie znam, gdzie 'informacja' przychodzi do Ciebie sama.

I ta cudowna wiadomość. Że dzień przed Wigilią wychodzimy. Że Święta w domu. Że prawie wszyscy w komplecie.

A na koniec coś jeszcze. A właściwie na początek. Moja wdzięczność. Dozgonna. Już drugi raz. Zawsze będę pamiętać, ile dobrego nas spotkało. Zawsze będę wspominać z uśmiechem tych wszystkich ludzi. To dzięki nim mam zdrowe dzieci. To dzięki nim znowu wszystko dobrze.























Autor: Aneta o 14:30
Wyślij pocztą e-mail Wrzuć na bloga Udostępnij w X Udostępnij w usłudze Facebook Udostępnij w serwisie Pinterest

1 komentarz :

  1. babojola10 lutego 2016 15:49

    Tak się wzruszyłam... Najważniejsze, że wszystko jest dobrze, że Wszyscy jesteście już w domu...razem :) Że masz wokół siebie wspaniałych, kochających ludzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
      Odpowiedz
Dodaj komentarz
Wczytaj więcej...

Nowszy post Starszy post Strona główna
Subskrybuj: Komentarze do posta ( Atom )

Archiwum bloga

  • ►  2017 ( 6 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  stycznia ( 4 )
  • ►  2016 ( 36 )
    • ►  grudnia ( 2 )
    • ►  listopada ( 2 )
    • ►  września ( 4 )
    • ►  sierpnia ( 2 )
    • ►  czerwca ( 2 )
    • ►  maja ( 3 )
    • ►  kwietnia ( 4 )
    • ►  marca ( 5 )
    • ►  lutego ( 7 )
    • ►  stycznia ( 5 )
  • ▼  2015 ( 94 )
    • ▼  grudnia ( 8 )
      • O naszym pobycie w szpitalu
      • Migawki ze świąt
      • Zdjęcie 45/52
      • Dzień, w którym zdarzyły sie dwa Cuda.
      • Są!
      • List do Świętego
      • Starszy brat
      • Pierwszy szymusiowy kalendarz adwentowy
    • ►  listopada ( 6 )
    • ►  października ( 7 )
    • ►  września ( 9 )
    • ►  sierpnia ( 5 )
    • ►  lipca ( 3 )
    • ►  czerwca ( 1 )
    • ►  maja ( 9 )
    • ►  kwietnia ( 11 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 12 )
    • ►  stycznia ( 12 )
  • ►  2014 ( 150 )
    • ►  grudnia ( 15 )
    • ►  listopada ( 14 )
    • ►  października ( 16 )
    • ►  września ( 13 )
    • ►  sierpnia ( 15 )
    • ►  lipca ( 10 )
    • ►  czerwca ( 10 )
    • ►  maja ( 12 )
    • ►  kwietnia ( 10 )
    • ►  marca ( 11 )
    • ►  lutego ( 8 )
    • ►  stycznia ( 16 )
  • ►  2013 ( 17 )
    • ►  grudnia ( 9 )
    • ►  listopada ( 8 )
Obsługiwane przez usługę Blogger.