Parę chwil. W walizkach same potrzebne rzeczy. Wsiadamy do samochodu i już nas nie ma. Żegnamy na parę dni nasze miasto. Kierunek- morze. Cztery dni zaledwie, ale naładowały nas energią. Był czas na wspólne bycie razem. takie naprawdę. Nieprzerywane kolejną sprawą do załatwienia. Był czas na spacery, szymusiowe zacieśnianie więzi z kolegą. Co zaowocowało nową umiejętnością- pełzaniem:) Czas na podziwianie mew. Czas na pierwszy szymusiowy strach, związany z ich walką o okruszki bułki. Czas na pierwsza wizytę w restauracji. I chociaż przedostatniego dnia paskudny wirus zaatakował najpierw mnie, potem Ślubnego a na końcu Szymcia, to i tak wyjazd wspominamy wspaniale.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz