Doskonałe rozpoczęcie kwietnia. Z rana udało mi się posprzątać, pomyć podłogi i szyby. Wziąć spokojny prysznic. Poratować włosy odżywką. I nawet wypić kawę na siedząco. Nie nie. To nie Prima aprilis. To zasługa Szymcia Śpioszka. Który wstał dzisiaj dopiero o 8:15.
Jemy śniadanko, szybko ogarniam włosy i zaraz ruszamy na miasto. W poszukiwaniu jajek. Do ostatnich dekoracji. Wózka nie bierzemy. Bez sensu. Dziubeczek woli korzystać ze swoich własnych nóżek. Grzecznie siedzi w autobusie wszystkiemu się przyglądając. To Jego druga podróż autobusem. Nie licząc tych w wózku. Wysiadamy i... Coś mi tu nie gra. Czy pisałam kiedyś, że moja orientacja w terenie jest tragiczna? No więc jest. A ja wysiadłam oczywiście nie tam, gdzie trzeba. Lecz dwa przystanki dalej... No nic. Szymcio wskakuj na ręce. Troszkę się przejdziemy. Wchodzimy do sklepu. Jajka na prawo. Jajka na lewo. Wszędzie jajka. Niebieskie. Beżowe. Nawet różowe są. A mi się musiały wymarzyć akurat białe. Te już wyprzedane. Wracamy więc do domu. Ale zimno. Przytulam mocno Szymcia do siebie, by jak najmniej zmarzł. Na autobus na szczęście nie trzeba długo czekać. Jeszcze zachodzimy do jednego sklepu. I tam też nic. Trudno. Chociaż nie będę mogła sobie zarzucić, że nie próbowałam.
Szybkim krokiem wracamy do domu. Grzejemy się pod kocykiem pogryzając świeżą bułeczkę. I patrzymy za okno. A tam szaleństwo. Słońce. Deszcz. Słońce. Grad. Wichura. Ciężko nadążyć. Całe szczęście, że zdążyliśmy do domu. Tatuś to dzisiaj będzie miał miał dopiero pełno pracy. Szymcio idzie podrzemkowac. A ja osładzam sobie brzydką pogodę pysznym pączkiem. Z ulubionym nadzieniem. Różanym. Mam chwilę na ustawienie ostatnich wielkanocnych dekoracji. A co to za bombardowanie? Tego jeszcze nie było. Grad wpada nam do mieszkania. Prosto przez szyb wentylacyjny.
Szymcio wstaje. Z zainteresowaniem przyglądając się wszystkim nowym rzeczom. Ale to wszystko jest ciekawe! Największym zainteresowaniem cieszy się mały zielony ptaszek. Do tego stopnia, że... Traci swój dzióbek. Dobrze, że udało mi się porobić mu zdjęcia w pełnej okazałości. Szymciowi chyba już się nie podoba taki oszpecony. Odrzuca go na bok, by dotknąć innych rzeczy.
Gdy już wszystko, co nowe zostało sprawdzone to czas na wygłupy z Mamą. Kocham te wygłupy. I ten głośny śmiech. Wciąż mnie zadziwia fakt, skąd takie Maluszki wiedzą, że gdy są szczęśliwe, to trzeba się śmiać. Ganiamy się po domu. Ale zabawa. Przerywamy ją tylko na chwile. Na jedzenie i szybkie wyjście do sklepu. Między jednym deszczem a drugim. I kontynuujemy. Bawimy się klockami. A Szymcio jest niszczycielem. Biegnie szybko, by zburzyć każdą wieżę. Co za prędkość. Szymcio wolniej, bo nie nadążam budować.


Po całym dniu zabawy jeszcze tylko kąpiel. Sen przychodzi szybko. Dopiero 20:00. A Szymcio spokojniutko oddycha pod ciepłą kołderką.
A ja znowu mam czas na rozmyślanie. I wiecie co myślę? Idealne to rozpoczęcie kwietnia. Tego miesiąca, którego tak się bałam. Miesiąca mojego powrotu do pracy. Ale jeszcze nie. O tym jeszcze nie myślę. Na razie chcę myśleć tylko o naszych dzisiejszych wygłupach. I radości mojego Chłopczyka.










Mam najcudowniejszego Wnusia na świecie. Cudowne zdjęcia córeczko:-)
OdpowiedzUsuń