Jakieś totalne lenistwo mnie ogarnęło. Miałam w planach tyle postów a tu nic. To chyba związane z tym, że nadeszła prawdziwa zima i prawdziwe mrozy. Na spacer za zimno, nic się nie chce. Ale nie ma tego złego... Jestem szczęśliwa, bo potrzebowałam takich paru dni. Od początku ciąży nie miałam zbyt wiele okazji, aby przystopować i poddać się słodkiemu nicnierobieniu:) A teraz parę dni spędziłam w cieplutkim domku, rozwiązując ulubione obrazki logiczne:)
Jedynym wypadem były zajęcia w szkole rodzenia, jak się okazało już ostatnie. Położna zorganizowała nawet słodki poczęstunek i wręczyła dyplomy ukończenia kursu. Ogólnie te zajęcia, jeśli mam być szczera, do niczego mi się nie przydały. Nie dowiedziałam się niczego, czego bym wcześniej nie wiedziała. No może z wyjątkiem tego, co muszę zabrać ze sobą do porodu, a co zapewnia szpital. Liczyliśmy z Rybką na coś więcej, ale trudno się mówi.
Dowiedzieliśmy się za to, że w naszym szpitalu trwa właśnie najazd rodzących. Wszystkie łóżka na rooming'u zajęte (a jest ich 40), nie ma gdzie kłaść mam z dziećmi. Tak więc część leży na porodówce. Mam nadzieję, że jak Szymonek zapragnie przejść na drugą stronę brzucha, znajdzie się jakiś pokój wolny:)
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz